sobota, sierpnia 15

#06 | Część 1 | Rozdział 6


Rozdział szósty

Zjazd Namiestników 


   Nad błękitną zatoką Hern leżało potężne miasto. Osada ta była otoczona dwa razy większymi niż Rejvendall murami oraz posiadała również dwa razy więcej wież obronnych. Strażnicy stojący na nich patrolowali zielone doliny, które otaczały ten gród.
   Tak, zielone doliny. Albowiem na północy Atmory pora letnia przychodziła wcześniej, a także dłużej trwała niż w Śnieżnej Marchii i jej rejonach.  
   To wielkie miasto było stolicą Cesarstwa Tyberii - państwa, którym bezpośrednio władał ród Tyrkhernów. Ród ten od wieków był najważniejszy na całym kontynencie Nordów. To on miał za zadanie sprawować pieczę nad wszystkimi krainami Atmory. Co pięć lat Tyrebusz, czyli Cesarz Tyberii, zwoływał władców wszystkich marchii. Tym razem agresja Zachodnich Rubieży doprowadziła do wcześniejszego zwołania Rady Namiestników - zaledwie dwie wiosny po poprzedniej.
   Pod wielką Bramą Główną miasta stanął konwój kilkunastu koni. Na nich siedzieli ubrani w zielono-srebrne, bądź zielono-złote zbroje rycerze. Jeden z nich - stojący na początku grupy - trzymał w lewej ręce proporzec z wymalowanym zielonym liściem. Była to chorągiew Śnieżnej Marchii.
   Tuż za nią, żołnierze stojący na wieżach strażniczych mogli zauważyć osobę ubraną w purpurę, z długimi, blond włosami. Był to Harneun Krovey, jarl Rejvendall, a zarazem Śnieżnej Marchii. Tu jednak był znany szerszej ludności jako prosty Namiestnik jednej z ośmiu atmorskich prowincji.
   Po krótkiej chwili czekania, potężne drzwi otworzyły się i grupa z Kroveyem na czele wjechała do stolicy Cesarstwa Tyberii. Jarl jako jedyny patrzył przed siebie - nie rozglądał się, bo doskonale znał to miasto.
   Mężczyzn ze Śnieżnej Marchii otaczały większe niż w rodzinnych stronach domy, zbudowane z pięknych wapieni wydobytych z harthallskich kopalń. Wielkie okna, zdobienia oraz wszechogarniający przepych powodował, że rycerze Rejvendall co chwilę odrywali oczy od drogi. 
   Dookoła nich chodziły tłumy mężczyzn, kobiet i dzieci spoglądające na przybyszy. Nic dziwnego, ponieważ Krovey ze swoją świtą jechał najszerszą, główną drogą w mieście. Co kilkadziesiąt metrów stał na niej strażnik w niebiesko-złotej, metalowej zbroi, trzymający sztandar w kolorze szkarłatno-białym. Sztandar rodu Tyrkhernów. 
   Jechali już dobre piętnaście minut. Nagle zauważyli wyłaniający się przed nimi ogromny, zbudowany z anhydrytu, wapieni a czasem także kamieni, Zamek Tyberiadzki. Rycerze Harneuna przecierali oczy ze zdziwienia - albowiem żadna opowieść nie oddawała piękna i wyniosłości fortecy Tyrbeusza. 
   Po chwili wjeżdżali już swoimi gniadymi rumakami na Plac Pyrthesa, który mieścił się po środku zabudowań zamkowych. Tam też zeszli z koni i rozglądając się po pięknym ogrodzie, zaczęli iść w kierunku drzwi głównych. 
   - Chwała Kreatorowi! - krzyknął do Kroveya wojownik Cesarstwa, stojący przy drzwiach zamkowych.
   - Zawsze - odparł Harneun.
   - Namiestniku, Tyrebusz Zjednoczonych Włości, Sorkhan II, oczekuje ciebie w Sali Wystawnej - poinformował rycerz.
   - Oczywiście... Czy ktoś z Rady już jest?
   - Jedynie Namiestnik Państwa Ystraad. 
   Jarl lekko się skrzywił. Następnie skinął głową na znak zrozumienia, po czym wszedł do Zamku Tyberiadzkiego.
   Żołnierz zamknął za Kroveyem drzwi, zostawiając go samego w długiej galerii, od której odchodziło wiele mniejszych korytarzy. Jarl spojrzał na wapniowe ściany; tliły się na nich pochodnie, które były jedynym źródłem światła. Mężczyzna wziął głęboki oddech i zaczął iść do przodu. 
      Po chwili znajdował się w potężnej, okrągłej sali. Wysoki sufit podtrzymywały ustawione dookoła, w równych odległościach, kolumny z szarego kamienia. Na środku pomieszczenia stał drewniany, kwadratowy stół. Krovey podszedł do niego i rozejrzał się po sali. Nikogo nie widział. Usiadł na jednym z drewnianych krzeseł, położył ręce na dębowym blacie. Nagle usłyszał odgłos trzewików uderzających o podłogę. Natychmiast wstał i odwrócił się w stronę źródła owego dźwięku.
   Z ciemności wyłoniło się dwóch mężczyzn w niebieskich szatach. Rozmawiali ze sobą idąc w kierunku jarla Śnieżnej Marchii.
   - Harneunie! - krzyknął starszy z nich. Gdy był już przy Kroveyu, położył prawą rękę na jego ramieniu i dodał: - Witaj w Kernlend, przyjacielu.
   - Władco Zjednoczonej Tyberii i Cesa... - zaczął Harneun schylając się do pokłonu, lecz Tyrebusz zatrzymał go.
   - Na Lorkhana, nie tak oficjalnie...
   - A więc... Witaj, Sorkhanie. Bardzo się cieszę z tego, że postanowiłeś zwołać Radę Namiestników... - odparł Krovey, przełknął ślinę i dodał: - Bo sytuacja jest bardzo trudna.
   Dopiero teraz jarl Śnieżnej Marchii zwrócił uwagę na wygląd Tyrebusza. Zauważył bowiem, że od poprzedniej Rady trochę się zmienił. Jego twarz miała więcej zmarszczek - była bardziej wymęczona. Jego czarne włosy powoli zmieniały się w siwe; tak samo broda. 
   - Tak, wiem o Rzecznej Prowincji i twojej marchii... - odpowiedział Sorkhan.
   Źrenice Harneuna się rozszerzyły. 
   - Zaraz... - wykrztusił z siebie - Czegoś nie rozumiem. Co miałbyś wiedzieć o mojej marchii? Przecież, jak wyjeżdżałem... 
   - No tak... - mruknął Tyrebusz, odszedł w kierunku jednej z kamiennych kolumn i powoli rzekł: - Dzisiaj dostaliśmy informację od Legata, że wojska Zachodnich Rubieży zaatakowały Soltern. 
   - Co?! - krzyknął Krovey - Ale... Powiedz mi, proszę, że moi rycerze pokonali tych skurwysynów! 
   Sorkhan spojrzał spode łba na pełnego złości Harneuna, ale nic nie odpowiedział. 
   - Niestety, nie mamy więcej informacji. Legat przez przypadek dowiedział się o tej agresji - wtrącił się drugi mężczyzna ubrany w niebieską szatę, który stał praktycznie na drugim końcu sali. Gdy tylko wyszedł z cienia, Krovey rozpoznał, kim był. Jego długie, rude włosy, charakterystyczne rysy twarzy i krótkie wąsy mówiły za siebie - był to jarl Państwa Ystraad, Norfdik Untyr.
   - Witaj, Harneunie - dodał po chwili rudowłosy.
   Krovey nie zważył na powitanie, był zbyt rozjuszony. Opadł na drewniane krzesło i wbił wzrok w dębowy stół. W jego głowie pojawiały się najgorsze myśli.
   Wyobrażał sobie, że jego ziemie zostały podbite, a stolica zburzona. Że nie ma do czego wracać...
   Nagle jarl Rejvendall uderzył mocno pięścią w stół i rzekł gniewnie:
   - Muszę tam jechać. Nie mogę zostawić swojego ludu w potrzebie! Wybaczcie... - już zaczął wstawać, ale powstrzymał go Norfdik. 
   - Posłuchaj - powiedział rudowłosy opierając się o stół - Dzisiaj wieczorem rozpocznie się Rada. Obiecuję ci, że wraz z Sorkhanem będę mówił jednym głosem. Mamy zamiar namawiać do wysłania na twoją marchię i Rzeczną Prowincję wojska pozostałych ziem.
   Tyrebusz podszedł do stołu i usiadł na przeciwko Harneuna i rzekł:
   - Właśnie. A więc nie możesz wyjechać. Musisz przekonywać z nami... Sam wiesz, że niektórzy nie są skorzy do pomocy.
   Krovey spojrzał na siadającego Norfdika, po czym skierował swój wzrok na siedzącego już Sorkhana. 
   - Dobrze. Macie rację... Przepraszam. Za bardzo spanikowałem... - odparł. 
   Tyrebusz wziął głęboki oddech i powiedział:
   - Nie musisz za nic przepraszać... Martwisz się o swoją marchię - to szlachetne.
   - Ja za to jestem przekonany, że na pewno zostawiłeś Rejvendall w dobrych rękach. Niech zgadnę... Złoty-Miecz? - próbował pocieszyć Harneuna Norfdik.
   - Tak.

   Niebo zaczynało robić się coraz ciemniejsze; powoli pokazywały się gwiazdy. Na ośnieżonej dolinie galopował zakapturzony jeździec w szarym płaszczu. W lewej ręce trzymał końskie uwiązy, a drugą podtrzymywał nieprzytomnego, rannego mężczyznę. Co chwilę poganiał rumaka, szarpiąc za łańcuch. 
   Po godzinie jazdy, jeździec zauważył na horyzoncie zabudowania. Gdy był wystarczająco blisko, uświadomił sobie, że jest u celu. Podjechał pod drewnianą bramę i nie schodząc z konia powiedział:
   - Otwórzcie.
   Strażnik usłyszawszy męski głos, podszedł do jeźdźca. Odparł:
   - Skąd jedziesz?
   Dopiero teraz mężczyzna na rumaku spojrzał na stojącego przy nim rycerza.
   - Z Tert - odparł beznamiętnie, wbijając swoje czarne ślepia w zmęczoną twarz wojownika.
   - A ten? - żołnierz pokazał ręką na nieprzytomnego mężczyznę - Kto to?
   - Nic cię to nie obchodzi. A teraz otwórz bramę, bo umrze na moich rękach - syknął pogardliwie jeździec.
   Strażnik zdenerwował się. Wyjął miecz ze skórzanej pochwy i skierował go w stronę przybysza. 
   - Złaź z tego konia! W imieniu jarla Gerdstad jesteś aresztowa...
   Nie dokończył. Bo z ręki jeźdźca wystrzelił strumień iskr, rażąc go do nieprzytomności...
   Natychmiast pięciu rycerzy zaczęło biec w kierunku przyjezdnego. Jednak po chwili oni też zostali porażeni i upadli z hukiem na ośnieżoną ziemię.
   Po chwili drewniana brama jakby pod wpływem silnego, porywistego wiatru, otworzyła się. Jeździec popędził swojego konia i wjechał do miasta.

   Nad stolicą Cesarstwa Tyberii, Kernlend, zapadał zmrok. Na murach obronnych rycerze żywo rozmawiali o Radzie Namiestników, bądź sytuacji na kontynencie. Natomiast zwykli, szarzy ludzie powoli kończyli swoje zajęcia i szli do domów lub karczm.
   W każdym oknie Zamku Tyberiadzkiego świeciło się bladożółte światło. W okrągłej Sali Wystawnej, na dębowym stole stało kilka dzbanów z bordowym winem oraz siedem srebrnych kielichów.
   W całym pomieszczeniu rozległ się odgłos trzewików uderzających o wapienną posadzkę. Do sali weszło pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy stanęli koło wybranego miejsca przy stole. Tyrebusz rozejrzał się dookoła i powiedział podniośle:
   - Rozpoczynam, w imię tradycji ustanowionej przez moich przodków, XXXII Radę Namiestników Zjednoczonej Tyberii! Niech Magnus sprawi, aby obrady te były owocne... - przerwał, przełknął ślinę i dodał: - Usiądźcie.
   Momentalnie wszyscy spoczęli na drewnianych krzesłach. Norfdik chrząknął, po czym rzekł:
   - Wszyscy wiecie, dlaczego Rada została zwołana. Nasz kochany... Tfu! Podryn Fyrskted, Namiestnik Zachodnich Rubieży, postanowił zaatakować swoich sąsiadów. Najpierw Rzeczną Prowincję, teraz Śnieżną Marchię... - przerwał, wziął głęboki oddech i dodał: - Mieliśmy nadzieję, że Delgud się pojawi, ale jego ziemie są ponoć całkowicie opanowane przez zachodniorubieżowców... Ale nie będę przedłużać - musimy pomóc zaatakowanym. Musimy wysłać na Rzeczną Prowincję oraz Śnieżną Marchię nasze oddziały. Musimy wyprzeć tych sukinsynów. Jesteśmy im tego winni.
   - Tak, dlatego chcemy wraz z Harneunem was pro... - rozpoczął Sorkhan, lecz przerwał mu jeden z jarlów. Gruby, brązowowłosy mężczyzna w karmazynowej tunice uderzył swoją pulchną pięścią o stół.
   - Stop! Czy wy wiecie o co nas prosicie? Hę?! - zapytał wyzywającym tonem - Chcecie, aby nasi żołnierze zostawili swoje ziemie oraz rodziny i poszli walczyć za jakiś nieudaczników?!
   - Co?! - odkrzyknął Krovey wstając gwałtownie z krzesła - Nieudaczników?! Przypominam ci, Balgruufie, że my tak nie mówiliśmy, gdy prosiłeś o nasze wojska dwadzieścia lat temu!
   - Gówno mnie obchodzi, co było dwa... - zaczął ironicznie Balgruuf, lecz Harneun znów nie wytrzymał. 
   - Gówno? Słyszycie go?! - Namiestnik Śnieżnej Marchii rozejrzał się dookoła - Słyszycie, co on mówi?! Człowieku, Rebelia niczego cię nie nauczyła?!
   - Szczam na Rebelię! Nic nam wtedy nie pomogli...
   - Koniec tego! - zaapelował Tyrebusz - Harneunie, usiądź. A ty, Balgruufie, się uspokój. 
   Krovey usiadł i wbił gniewne spojrzenie w grubego mężczyznę. Ten syknął:
   - Nie rozkazuj mi, Sorkhanie. Nie jesteś żadnym autorytetem dla mnie. Powiem więcej - jesteś kompletnym idiotą...
   - Balgruufie! Nie zaczynaj znowu! -ostrzegł Norfdik, lecz brązowowłosy miał to ostrzeżenie za nic.
   - Nie widzicie, co Sorkhan zrobił dla kiedyś pożytecznej, Zjednoczonej Tyberii?! Zniszczył jej dawną świetność! I teraz ma czelność oceniać Podryna i jego Zachodnie Rubieże! A wy mu ufacie... - parsknął Balgruuf i ciągnął dalej: - Tak naprawdę nikt się nie zastanawia, czemu on tak postępuje! Nie pomyśleliście, że może pod pretekstem podboju, chce całkowicie zjednoczyć Atmorę?! Że może mu też nie podoba się to, co Cesarstwo robi?
   - Co ty pierdolisz? - zapytał niedowierzając Krovey - Dobra, jeśli jesteś tak zapatrzony w Podryna to nie wysyłaj swoich wojsk! Jestem pewien, że reszta jest mądrzejsza od ciebie. 
   Na sali zapanowała konsternacja. Harneun rozejrzał się i ostatecznie jego wzrok spoczął na Norfdiku. Ten zapytał:
   - A więc. Jarlowie, czy zgadacie się wysłać własne oddziały na tereny Śnieżnej Marchii i Rzecznej Prowincji? 
   Nikt nie odpowiedział. Wszyscy, oprócz Balgruufa, zaczęli uderzać - a raczej pukać - rękami o stół. Oznaczało to zgodę. Gdy zakończyli, gruby, brązowowłosy jarl wyszedł z sali. Wszyscy podążyli wzrokiem za nim.
   - Ile ma być tych oddziałów? - zapytała jedyna na Radzie kobieta. Była stosunkowo młoda. Miała blond włosy do ramion, szkarłatne oczy i delikatne rysy twarzy.
   - Ustalimy to jutro... - odpowiedział Sorkhan, po czym nalał do swojego kielicha wina i wypił je. 
   - Natomiast co do Balgruufa... Wydaje mi się, że ma pewien układ z zachodniorubieżowcami - rzekła blondynka.
   - Tak... To bardzo prawdopodobne - odpowiedział któryś z jarlów. 
   - Moi drodzy, koniec na dzisiaj. Jest późno. Dziękuję za poświęcony czas... Nadworny zarządca pokaże wam sypialnie - oznajmił Tyrebusz i wstał z krzesła. Lecz nagle zachwiał się na nogach. W ostatniej chwili podtrzymał go Norfdik. 
   - Co ci? - zapytał zaniepokojony Krovey, podbiegając do Sorkhana. Po chwili z ust i nosa Cesarza zaczęła wypływać krew. Harneun zauważywszy to, przeraził się i odwrócił w stronę stołu. Dopadł kielich Tyrebusza i oznajmił: - Nie pijcie wina. To trucizna.
   - Medyka! - krzyknął rudowłosy jarl wciąż trzymając Sorkhana - Medyka!
   Namiestnik Śnieżnej Marchii odwrócił się z powrotem w stronę Norfdika i rzekł:
   - Balgruuf. 

   Jeździec pędził kilka minut przez wyludnione uliczki miasta. Będąc przed wielkim, drewnianym domem, zatrzymał rumaka. Zszedł z niego, po czym powoli zdjął rannego rycerza. Przywiązał konia do najbliższego płotu i trzymając wojownika wszedł do budynku. Nad jego drzwiami widniał napis "Lecznica Erygrra".
   Tajemniczy przybysz znalazł się w małej izbie. Na przeciw niego, tuż przy ścianie, stały trzy drewniane łóżka na przemian z komodami wypełnionymi różnorakimi flakonikami. Jeździec podszedł do najbliższego posłania i położył na nim rannego. Następnie odwrócił się. Zobaczył stojącego w drzwiach brodatego staruszka ubranego w białą szatę.
   - Ty to zapewne Erygrr - stwierdził przybysz, po czym wskazał ręką na leżącego - Ulecz go.
   - Tak, do usług... - odparł medyk i podszedł do rannego od drugiej strony - Pomóż mi z jego zbroją, młodzieńcze... A raczej z tym, co z niej zostało.
   Jeździec zaczął odpinać wraz ze staruszkiem po kolei elementy uzbrojenia. Po chwili żołnierz miał na sobie tylko nogawice i trzewiki. Dopiero teraz było widać ogrom jego ran...
   Jego brzuch był praktycznie rozdarty na pół. Zaschnięta krew znajdowała się również na prawym barku rycerza. 
   - Chwała Magnusowi, że przeżył... W ostatniej chwili go do mnie przyniosłeś, młodzieńcze - rzekł Erygrr oceniwszy wielkość obrażeń. I zaczął się krzątać od komody do łóżka znosząc różnokolorowe flakony i tkaniny.
   Podczas gdy starzec zajmował się ranami wojownika, przybysz siedział na łóżku obok i dokładnie przyglądał się jego poczynaniom. 

   Tymczasem tysiące zbrojnych Zachodnich Rubieży przekraczało granicę ze Śnieżną Marchią na rzece Kercie. Szli na kolejne miasta. Aby potem iść na kolejne państwa. A na końcu rządzić całym kontynentem.

wtorek, sierpnia 11

Informacje | #01 | Projekty


Informacje #01

Projekty


   Witam, dzisiejszy post trochę nietypowy, bo informacyjny.

   Chcę bowiem Wam zaprezentować, nad czym ostatnio pracuję. Pomyślałem, że skoro tworzę opowiadanie fantasy i występuje w nim wiele nazw krain, miast czy szlaków to trochę pomogę Wam to zobrazować... 

   I zacząłem tworzyć mapę całego kontynentu, na którym rozgrywa się akcja - mapę Atmory, a przynajmniej jej fragment. Ech, w sumie muszę przyznać, że całkiem spory ten"fragment". W związku z tym strasznie wolno ta praca idzie, ale już widać jakieś efekty. 



Atmora południowo-zachodnia w Erze Meretycznej.



   Dlatego mam do Was pytanie - jak Wam się podoba ten pomysł? I jak wygląda fragment, który prezentuję powyżej? 

   Na koniec chcę poprosić - kolejny już raz - o komentarze pod rozdziałami, bo to one okropnie motywują do dalszego pisania! Kto też coś tworzy, na pewno o tym wie i mnie rozumie.

   Zapraszam również na stronę (tzw. "fanpage") mojego opowiadania na Facebook'u - zamieszczam tam informacje o nowych rozdziałach, a w przyszłości będę informował o innych ważnych sprawach związanych z blogiem.




Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie,
PiSaRz.


niedziela, sierpnia 9

#05 | Część 1 | Rozdział 5


Rozdział piąty

Zdezorientowanie


  Trzydziestu rycerzy na koniach galopowało w kierunku siedziby jarla Rejvendall. Jeżdżąc po krętych, kamiennych drogach stolicy Śnieżnej Marchii, mijali wielu mężczyzn, kobiet i dzieci. Towarzyszyły im zaciekawione, czasem ciepłe, ale i nieufne spojrzenia mieszkańców.
   Pędząc ciasną arterią powoli zbliżali się do celu. Gdy tylko zobaczyli charakterystyczny, spiczasty dach siedziby Kroveya, przyspieszyli. Po minucie znajdowali się już przed kamiennymi schodami prowadzącymi na sam szczyt niewielkiego wzgórza - miejsca rezydowania jarla.
   Jeden z wojowników w zielono-srebrnej zbroi, będący na przodzie grupy, zsiadł z rumaka, po czym przywiązał go do drewnianej kolumny, która była jedną z podpierających stojący obok budynek. Zdjął metalowy hełm, odkrywając swoje bujne, czarne włosy i odwrócił się do stojącego obok towarzysza, który również zszedł ze swojego konia.
   - Dajcie mi chwilę... - powiedział do niego i zaczął wchodzić po kamiennych schodach.

   Przerażony, ranny rycerz biegł przez świerkową gęstwinę najszybciej, jak mógł. Zagryzając mocno wargę i ściskając ranę na brzuchu próbował powstrzymać promieniujący ból. Przebijając się przez kolejne gałęzie i zarośla, co chwilę odwracał się ze strachem w oczach za siebie; był przekonany, że ktoś go obserwuje. Tylko dzięki adrenalinie pulsującej we krwi, okaleczony żołnierz mógł biec.
   Nagle wojownik zawadził nogą o coś twardego i upadł na ziemię. Nieprzyjemny zapach rozkładającego się ciała znów się pojawił. Jednak tym razem rycerz postanowił pokonać strach i spojrzał na zwłoki, o które przed chwilą się potknął. Widząc zmasakrowane, pozbawione głowy nagie ciało mężczyzny, przymknął oczy. Zaczął z trudem podnosić się. Gdy już stał, zauważył,  że za trupem, o który się potknął, leżało ponad dwadzieścia kolejnych okaleczonych ciał...
   - Magnusie... - syknął przez zęby, po czym coś leżącego na ziemi przykuło jego uwagę.

   Czarnowłosy żołnierz w zielono-srebrnym uzbrojeniu wchodził po kolejnych kamiennych stopniach prowadzących do siedziby jarla Rejvendall. Będąc już przed drewnianymi wrotami, poprawił skórzany pas, na którym wisiała pochwa z mieczem. Jeden ze strażników z wymalowanym zielonym liściem na napierśniku, stojąc przy drzwiach, patrzył na bruneta lustrującym spojrzeniem. Ten mocnym pchnięciem otworzył potężne podwoje. Jego oczom ukazała się wielka, reprezentacyjna sala Krovea.
   Mężczyzna z zaciekawionym wzrokiem rozglądał się wokół siebie, idąc do przodu - w stronę drewnianego tronu. Zauważył, że przy ścianach, w równych odstępach, tuż koło palenisk, stali wojownicy Śnieżnej Marchii.
   Gdy zbliżył się do siedziska jarla, z drzwi po lewej stronie wyłonił się nadworny zarządca Ulmof. Podszedł do przybyłego rycerza, trzymając prawą dłonią swój czerwony pas opinający granatową szatę.
   - Chwała Mag... Kreatorowi! - krzyknął czarnowłosy wojownik.
   - Zawsze... - odmruknął zarządca.
   - Panie, przybyłem wraz z grupą innych żołnierzy z Muru Upadłych... - zaczął mówić rycerz, lecz przerwał mu Ulmof.
   - Untgerze, chodź tu! Wieści z Muru!
   Po chwili z kamiennego tarasu przybiegł Złoty-Miecz i bez zbędnych powitań zapytał:
   - Co tam się dzieje?
   - Panie oficerze, oni zaatakowali Strażników Upadłych... Oddziały Zachodnich Rubieży wjechały na nasze tereny i udały się w kierunku Soltern. Reszta mojego oddziału udała się do tego miasta w celu obrony przed wrogiem. Nic więcej nie wiemy...
   - Magnusie! Wiedziałem, że jak Rzeczna Prowincja, to my też! - dowódca straży Rejvendall zaczął nerwowo chodzić. Zwrócił się do zarządcy: - Ulmofie, zwołaj proszę Radę Oficerską, musimy omówić... Lorkhanie, co będę teraz pieprzyć niepotrzebnie. Wezwij ich jak najszybciej.
   Na twarzy przyjezdnego rycerza - dotąd pozbawionej wyrazu - pojawił się dziwny grymas. Mężczyzna odprowadził wzrokiem Ulmofa i wytrwale słuchał pytań, które spadały na niego ze strony Untgera.

   Przedmiot leżący na ośnieżonej ziemi był ledwo widoczny. Ranny żołnierz schylił się po niego. Trzymając miecz za jelec, przyglądał się mu. Po chwili mężczyzna zdał sobie sprawę, że ma w dłoni broń należącą do rycerza Śnieżnej Marchii.
   Czyli to jego towarzysze leżeli martwi w lesie...

   Ulmof minął przyjezdnych żołnierzy, którzy wciąż stali przed schodami prowadzącymi do posiadłości Kroveya. Ci rozmawiali ze sobą, czy też pilnowali swoich rumaków rozglądając się dookoła siebie.
   Dwaj strażnicy Rejvendall znajdowali się kilkanaście metrów od nich i przyglądali się im. Jeden z nich - wyraźnie wyższy od drugiego - rzekł:
   - Ciekawe co to za ważne wieści z Muru...
   Drugi wojownik zadarł głowę do góry, aby spojrzeć na kolegę i odparł ze zdziwieniem:
   - To ty nie wiesz? Jeżeli z Muru, to tylko złe wieści...
   - No, może masz rację. Zachodniorubieżowcy mogli tam być... - przerwał wyższy mężczyzna i dodał po chwili: - Wiesz co, ja ich zapytam czy coś potrzebują. W końcu długa droga do Muru.
   Jak powiedział, tak zrobił. Zaczął iść w stronę grupy przyjezdnych. Podszedł do jednego z nich i dotknął go, aby ten się odwrócił.
   - Może czegoś potrzebujecie, skoro tak dłu... - zaczął mowić, lecz przerwał mu jego rozmówca.
   - Nie.
   Zmieszany strażnik zauważył dziwny wyraz twarzy przyjezdnego wojownika; sam nie potrafił określić, co on oznaczał. Postanowił odejść. W tym momencie w kierunku grupy wojowników zaczęli iść oficerowie wraz z Ulmofem, na spotkanie Rady Oficerskiej.
   - Ternie, wiesz, jaki Untger potrafi być... Porywczy... - mówił nadworny zarządca do oficera o blond włosach - Proszę, bądź głosem rozsądku na Radzie, bo sytuacja jest...
   - Tak, wiem - odpowiedział Tern, zatrzymując Ulmofa, po czym położył swoją rękę na jego ramieniu i dodał z lekkim uśmiechem: - Postaram się zrobić, co w mojej mocy, nie martw się.
   Po tych słowach zaczęli znów podążać w kierunku siedziby jarla Rejvendall, tuż za pozostałymi oficerami. Nagle usłyszeli nieznośny krzyk.

   Ranny mężczyzna nie wiedział co zrobić. Przeraźliwie rozglądał się dookoła siebie; był pewny, że ktoś go obserwuje. Nie chciał podzielić losu swoich martwych towarzyszy. Upuścił miecz na ziemię, po czym zaczął biec przed siebie. Przebijając się przez niezliczone świerkowe gałęzie, próbował wykrzesać resztki sił ze swego okaleczonego ciała - byle jak najszybciej wydostać się z lasu…

   - Co jest?! – krzyknął Tern, przebijając się przez uciekających ludzi. Tuż za nim podążał Ulmof. Oficer wyjął swój srebrny miecz ze skórzanej pochwy, i powiedział do zarządcy: - Zostań tu, ja to sprawdzę… Odsunąć się! Odsunąć!
   Idąc przed siebie, Tern usłyszał odgłos walczących ostrzy. Nareszcie – gdy przebił się przez wszystkich uciekających – zauważył, jaka scena odgrywała się przed schodami prowadzącymi do posiadłości jarla.
   Przyjezdni rycerze walczyli z… oficerami Rejvendall. Tern nie wiedział, co się dzieje. Widział, jak jedni żołnierze Śnieżnej Marchii walczą z innymi. Po chwili zauważył, jak jeden z oficerów opadł na ziemię zraniony.
   Oficer o blond włosach podbiegł do rannego i – zaczepiając rękami o klamry jego szaty – przeciągnął go daleko od pola walki.
   - T… Ternie… Zo-zostaw mnie, powstrzymaj tych... Tych przebierańców... - wyjąkał brązowowłosy oficer.
   - Prze... Przebierańców? - Tern usłyszawszy to, powstał. Trzymając miecz pobiegł w kierunku miejsca walki. Dołączył do pozostałych oficerów. Ci ustawili się w szeregu, stojąc kilka metrów przed - już trochę pomniejszoną - grupą fałszywych wojowników. Oficer o blond włosach spojrzał na przeciwników.
   - Czego chcecie? K-kim... jesteście?! - krzyknął Tern do napastników. Jeden z nich, spojrzał na niego spode łba, po czym powoli wytarł kawałkiem szaty, swój miecz z krwi.
   - My? - zamyślił się sztucznie wróg, po czym dodał: - Chcemy wojny. A kim jesteśmy... Możesz się domyślać.
   Po tych słowach grupa nieprzyjaciół zaczęła biec znów w kierunku oficerów, którzy odważnie się przed nimi bronili.
   Tern po kilkunastu sekundach walki powalił już pierwszego wroga. Następnie parł do przodu, byle tylko przebić się przez napastników i dotrzeć do siedziby jarla. Uderzając mieczem we wszystkie strony, widział, jak niektórzy jego towarzysze padali zranieni na ziemię. Jednak nie zatrzymywał się.
   Wbiegł na kamienne schody, prawie potykając się o stopnie. Dobiegł do drewnianych, wielkich drzwi, po czym szybko je otworzył. Jego oczom ukazała się wielka Sala Reprezentacyjna. Na jej środku zauważył kilku rycerzy odwróconych do niego plecami. Podszedł do nich, chowając miecz do pochwy.
   Żołnierze usłyszawszy Terna, spojrzeli na niego. Ten zauważył w ich oczach iskrę... Strachu?
   Przebił się przez nich i momentalnie jego źrenice również rozszerzyły się...
   Kilka metrów przed nim stał ubrany w zbroję Śnieżnej Marchii mężczyzna. Trzymał w żelaznym uścisku dowódcę straży Rejvendall. A do jego szyi przyciskał ostrze.
   - Nie podchodź! Bo go zabiję! - krzyczał.

   Kolejne gałęzie obijały się o zranionego mężczyznę. Ten sycząc z bólu, biegł przed siebie, zakrywając ręką twarz. Był już daleko od miejsca masakry towarzyszy, a coraz bliżej końca świerkowego gąszczu.
   Po kolejnych dwudziestu minutach, zatrzymał się ze zmęczenia, opierając o miecz. Rozejrzał się dookoła. Wszędzie igły. Wszędzie ciemność.
   Po kilku minutach odpoczynku - teraz już spokojnym krokiem - poszedł przed siebie. Nagle zauważył, jak las przerzedza się. Znów zaczął biec.
   Gdy tylko zauważył błękit nieba, upadł na skutą lodem ziemię.

   - Zostaw go! Nie wiesz, kim on jest?! - krzyczał zdenerwowany Tern do żołnierza trzymającego ostrze na szyi Złotego-Miecza.
   Agresor lekko drgnął, spojrzał na oficera i warknął:
   - Doskonale wiem, kim ten skurwiel jest!
   Tern pokręcił głową na znak zrozumienia, przewrócił oczami i odparł:
   - Więc skoro wiesz... To chyba nie chcesz go zabić. Tylko wywołał byś niepotrzebną wojnę.
   - Ty niczego nie wiesz, oficerku? - zapytał arogancko wróg, wywołując u Terna zdezorientowanie.
   - O czym niby? - odrzekł szybko oficer.
   - Wojna już się zaczęła!

   Wśród ośnieżonej doliny zaczął rozlegać się tupot galopującego konia. Jeździec podróżując wzdłuż świerkowego lasu, zbliżał się do nieprzytomnego rycerza.
   Zauważywszy leżącego na śniegu wojownika, postać w szarym płaszczu zwolniła. Będąc przy rannym, zeszła z gniadego rumaka i spojrzała na mężczyznę, próbując jakby go zidentyfikować.
   Po chwili wzięła go i położyła na zwierzę. A następnie odjechała z nim.





KONIEC         ROZDZIAŁU         PIĄTEGO
_____________________________

S  Ł  O  W  O          O  D         A  U  T  O  R  A


No to po "przerwie wakacyjnej" (chociaż nie była to tak 
naprawdę przerwa - pracowałem nad innym opowiadaniem, 
które kiedyś się pojawi) zabieram się do pisania tutaj!



Pozdrawiam i proszę o komentarze (i życzę miłego końca wakacji), 
PiSaRz.